Byle dalej i wciąż do przodu?

Dawno tu nie byłam, wybaczcie, ale taka chyba jestem. Ciągle dalej, do przodu…?
A może jednak właśnie nie. Miałam już w swoim życiu kilka momentów, gdy coś się kończyło, a coś zaczynało – to całkiem normalne. I zazwyczaj, gdy zbliżam się do końca jakiegoś etapu, towarzyszą mi dwa uczucia. Z jednej strony chciałoby się niczego nie przerywać, zostać i zostawić tak jak jest, bo jest dobrze. Jednak z drugiej strony jest ciekawość i coś, co porywa do przodu, byle dalej i szybciej.
Potem przychodzi taki moment i nagle się okazuje, że jest już inaczej, że nie ma już tego, co było. Są wspomnienia.
I najbardziej mi szkoda relacji i ludzi, z którymi mam(miałam) dobry kontakt, a teraz jakoś tak ciężko. Choć to normalne. Kiedyś jedna bardzo ważna dla mnie osoba powiedziała, że musimy się nauczyć nieprzywiązywania do konkretnych osób, bo ludzie się zmieniają. Trzeba kochać ich teraz i pozwolić odejść w przyszłości. Nauka to popiera – nasz mózg potrafi na bieżąco ogarnąć 148(lub niewiele więcej) relacji, dlatego jedni odchodzą i inni przychodzą. I wszyscy są wspaniali.
Dziękuję za wszystkie znajomości i przyjaźnie, które gdzieś tam poszły swoją drogą. Mam nadzieję, że te osoby są szczęśliwe i tego im z serca życzę.
A ja? I ta moja sentymentalność… cóż trzeba wstać i iść dalej.
Do zobaczenia, może kiedyś, na szlaku życia. ;)

Trochę o komentarzach

Niby miałam już za bardzo nie pisać, wiecie – sesja, życie.. Jednak od jakiegoś czasu zaczynam zaglądać na kokpit – to jest to miejsce gdzie admin dokonuje wszelkich zmian, pisze nowe wpisy, zarządza komentarzami… i o nich chciałabym krótko.
Ostatnio dostaję dziwne i bzdurne komentarze do moich wpisów. Nie będę ich cytować, bo nawet już ich nie mam. I takie malutkie sprostowanie:
1. Nie denerwuje mnie fakt, że na kokpicie pojawiają się komentarze(bo niestety, nie mam czasu by tu wchodzić), więc to nie ma znaczenia większego dla mnie.
2. Wasze komentarze nie pojawią się pod wpisem, jeśli nie uznam, że są stosowne, więc nie wiem, co ma takie pisanie na celu.
Strony oczywiście nie podam, bo to byłaby reklama, a nie jest to witryna, którą warto w ogóle reklamować. Jak też w ogóle w jakikolwiek sposób nią się zajmować.

A poza tym, to nawet zabawne :)

Zachęcam oczywiście do dzielenia się uwagami nt. postów, to daje też inny ogląd. Wszystkie komentarze, które odnoszą się do postów będą oczywiście pod nimi umieszczane :P
Pozdrowionka, Kochani – sesja czeka :D

„Gdzie jesteś?” – dobre pytanie

Dawno mnie nie było.. Wieele się pozmieniało, już prawie zleciał pierwszy semestr studiów. W ciągu tego roku też wiele się wydarzyło, przeżyłam wiele, mam mnóstwo refleksji, doświadczeń i lekcji. Pozwolicie, że zachowam jednak dla siebie większość z nich. Cały czas się uczę.

Dziś 20 grudnia.. końcówka adwentu. A ja? Na samym początku tego czasu pojechałam na skupienie do Sióstr Honoratek pod Warszawę(polecam!). Tam ojciec zadał nam pytanie: „Gdzie jesteś?”. To pytanie też Bóg kieruje do Adama po grzechu pierworodnym(Rdz 3, 9). Ciężko mi było na nie odpowiedzieć. Dużo się dzieje przecież, ja, jak większość świata, gonię za wszystkim. Mam mnóstwo spraw, problemów. Siedzę w nich. Aaale… to nie odpowiedź.
Kolejne tygodnie adwentu, a ja nadal „nie czuję tego klimatu”. Wszyscy z niecierpliwością czekają na święta, tyle się o tym mówi. A do mnie to nie dociera? Jak?
Poszłam do sklepu. I wracając, skierowałam myśl ku górze. Bo ja nie wiem, gdzie jestem. Kiedy w tym całym natłoku spraw, tracę Go sprzed oczu, gubię się w tych moich „rozkminach”. A On? Siedzi cierpliwie. Jak zawsze. Czeka, aż wreszcie przestanę się zajmować tylko JA. Gdy znika JA, wtedy dzieją się cuda :)

Ilekroć, czujesz się potępiony, to nie On potępia, ale ty sam. Trzeba to przyjąć bez emocji. Zaakceptować. Wrócić. To jest właśnie ten czas. „Klimat” jest nieważny. Zajmij się sercem.

Na bloga czasu… brak.

Witajcie, Kochani,

jak tytuł sugeruje – nie mam więcej do powiedzenia, choć ostatnio mówię dużo więcej, myślę inaczej, patrzę i zaczynam widzieć. Bardzo fajnie mi się z Wami pracuje. Z tymi, którzy mnie znają i z tymi, którym towarzyszą tylko moje słowa napisane. Bardzo jesteście mi bliscy. Ale na bloga… czasu brak. Dziękuję tym, którzy trwają do tej pory i czekają na każdy wpis. Chyba powoli trzeba zacząć żyć nie tylko w sieci, ale i realnie. Wszystkie refleksje, przemyślenia, wnioski zostają tutaj. Sama będę do nich wracać często…

Pozdrowionka!

Wasz Wikkutek :P

Oświadczam, że… żyję.

Dawno tu nie zaglądałam, no będzie już przeszło rok. Wiele w tym czasie się zmieniło, wydarzyło…

Nie wiem, czy mam Wam coś do przekazania, wybaczcie. Chyba jednak nic. Chcę tylko powiedzieć, że żyję. Jestem zdrowa, uczę się do matury, która już za kilka miesięcy… ale wiem niewiele. Radzę sobie.
I tak sobie myślę, że czasem dobrze jest spaść na dno, by potem móc się odbić. Bo kiedy nie mamy już chyba nic, nie możemy nic stracić, a niżej niż na dno też nie da się spaść. Droga prowadzi tylko ku górze.
Ktoś ciągle powtarza, że łatwo nie będzie. Że „będzie bolało”.. Ale grunt to się chyba nie poddawać. A dziś jest jeden z takich dni, kiedy chętnie to zrobię. Kiedy tylko czekam na pozwolenie, by wszystko rzucić, ale mi nie wolno.

Dla Was jednak coś mam… Takie spostrzeżenie, że wszystko może dojść do dobrego, jeśli bardzo chcemy. Wymaga to jednak wysiłku. Aj… takie gadanie. No może dla niektórych z Was, owszem. Ja sama wciąż walczę, teraz stoję w miejscu, bojąc się bardzo kolejnego kroku. Ale co da, gdy staniesz? Przed sobą nie uciekniesz, życia nie przeskoczysz. Ile będzie można udawać, że jest OK???

No właśnie.

Święta, święta… taaa…

… i po świętach. Stare powiedzenie, jakże prawdziwe. Co tam u Was?

Ja tam mam się całkiem nieźle. Siedzę sobie przy biurku i skrobię do Was kilka nic nie znaczących słów. Nie zamierzam niczego w Wasze życie dzisiaj wnosić. Po prostu sobie jestem i chyba chcę zniknąć. Tak na moment.
Czuję, że ten blog przestaje mieć dla mnie sens, bo nie chcę się dzielić tym, co siedzi w mojej głowie. Dla ludzkości to zdecydowanie lepiej.
Miałam tu coś już napisane, ale skasowałam ten tekst, uznając, że zachowam to dla siebie..

Refleksja wobec świata? Tak. Cisza. Cisza jest wspaniała. Ona tylko jedna jest czymś, co jeszcze ma jakieś znaczenie. Paradoksalnie jednak przed nią uciekam. Włączam muzykę na pełną moc, by tylko się od niej uwolnić. Sama w sobie obecnie jestem sprzecznością.

A teraz tak serio… Sama nie wiem, co się dzieje. Im bardziej na zewnątrz wszystko jest „OK”, tym bardziej w środku wszystko się wali. Czegoś szukam, ale z racji, że nie wiem, co to, nie mogę tego odnaleźć. I tak się błąkam, pozorując normalność.

(…)

Ale ciii…. ! To zostaje między nami, a resztę… ? Zachowam dla siebie.

Święta, niedziela, choinka i ja.

Dzisiejszy dzień to niedziela. Tak, wiem – w tym momencie Kolumbem nie zostałam i Ameryki nie odkryłam. Ale w niedzieli coś takiego jest…

Idą święta. Wielkimi krokami przygotowania dobiegają końca. IV Niedziela Adwentu już przypomina o jego końcu. Jak co roku, ubieraliśmy dziś parafialny kościół. Nie chwaląc się, wyszło pięknie. To były ciekawe 3 godziny. Ja jednak nadal nie czuję tych świąt.

Zaczynam się zastanawiać, czy może po prostu nie jestem nieco „za stara” na Boże Narodzenie(?) Nie ma ono dla mnie takiego znaczenia, jak dawniej. To kilka wolnych dni, spędzonych z rodziną i na spotkaniach opłatkowych. Za tymi ostatnimi nie przepadam. Są zazwyczaj w gronie ludzi, których nie znam. Życzenia idą z „automatu”. Głupio.

Siedzę sobie tak teraz. Za oknem zielone pola. I znowu głupio…

W domu do świąt przygotowania powolne. Ze wszystkim rodzice jak zwykle zdążą, a nie potrzeba nam tu zbyt wcześnie zamieszania. Brat jedynie domaga się choinki, jednak czeka cierpliwie do wigilijnego poranka. Już niewiele zostało.

Po świętach będzie trochę wolnego, potem Sylwester, wcześniej rocznica ślubu rodziców… Potem znowu chwila wolnego, powrót do szkoły… Życie toczy się dalej.

Ale teraz jeszcze niedziela. Czasem pozorna normalność to tylko bujda dla otoczenia.
Zdążę jeszcze złożyć życzenia.

Dobranoc.

Hmmm… miłość? A co to?

Definicji jest wiele i każdy ma swoją – mniej lub bardziej „prawidłową”. Ja często, odpowiadając na to pytanie, stwierdzam, iż „to fakt, że z Tobą wytrzymuję, a Ty ze mną”. To jednak tak płytko.

Tak na marginesie – mam dziś może za dużo czasu…

Jednak wróćmy do tematu.
Szczerze powiem, że nie mam w tej kwestii wiele do powiedzenia. Brak tzw. „doświadczenia”. Choć to może nie do końca prawda… Powiedzmy inaczej: ma ono nieco inny kształt.
Jestem obecnie osobą – jeśli chodzi o związki – samotną. Mam wielu kolegów i uważam, że ta sytuacja jest dla mnie wystarczająca. Mężczyzn nie ogarniam(nawet Ciebie :P ), ale może właśnie dlatego tak lubię z nimi rozmawiać. A raczej słuchać.
(…)
Szkoda mi osób – szczególnie bardzo młodych – które „na siłę” szukają chłopaka/dziewczyny. Są różne powody. Wydaje się jednak, że jednym z pierwszych jest potrzeba bliskości lub presja otoczenia. No bo „w tym wieku to już trzeba mieć chłopaka/dziewczynę”. Widzę jednak, że często kończy się to rozstaniami, rozczarowaniami. (…)

- A pamiętasz jak było z nami?
- Hehe… nie mów mi nawet.
- Czyli pamiętasz?
- A co, jeśli nie?
- Obrażę się…
- Pamiętam.

U mnie miłość – paradoksalnie – zaczęła się, kiedy się skończyła. Gdy z „horyzontu” zniknął ten jedyny, zaczęłam go kochać. Za wszelką cenę życzę mu szczęścia w życiu.

- A kochasz mnie?
- Nie wiem. Możee…
- Jak to „możee”?
- Tak po prostu.

Z tymi słowami trzeba uważać. W dzisiejszym świecie tracą one chyba sens. Sama osobiście nie potrafię powiedzieć tak do nikogo poza bliską rodziną i przyjaciółkami. To chyba nawet niecałe 10 osób. A dookoła wszędzie słyszę te dwa słowa, bez pokrycia. Wybacz, że nie mogę ich Tobie powiedzieć. Że nie wysyłam serduszek na Facebooku. Jaki to ma sens?

****

Można kochać ludzi, za to tylko, że są ludźmi(i właśnie dlatego). To miłość ludzka. Normalna.
Tę jednak niezwykłą – wybacz – zostawię tym kilku osobom z ludzkiej populacji. Tak licznej.

Bo ja lubię ludzi

Czy zastanawiacie się czasem nad przyszłością? Ja często albo nawet ZA często. Analizuję i trochę sobie wyobrażam, zakładam, wnioskuję. Chcę mieć chociaż luźne „wytyczne” co do życia.
Obecnie zastanawia mnie odpowiedź na pytanie: „Co po LO?”. Przecież za ok. 1,5 roku matura! Wypada jednak pomyśleć nieco wcześniej. :P
Do rozmyślań nad przyszłością podchodzę jednak nieco spokojniej niż w zeszłym roku(hehe… chyba dojrzewam lub coś w ten deseń). Staram się myśleć racjonalnie i nieco się wyciszyć.

W testach jednoznacznie wychodzą mi predyspozycje społeczne. To jakiś żart? No chyba jednak nie. Ale tak szczerze? Lubię ludzi, gadać z nimi o nich. O sobie już mniej. Ja ich lubię słuchać, patrzeć im w oczy i obserwować z boku. Są tacy FASCYNUJĄCY! Bardzo mnie interesują relacje między nimi: jak powstają, rozwijają się, kończą.
Zachowania ludzkie, przyczyny i skutki… Uczucia i emocje. Mogłabym to analizować bez końca.

A jednak zrezygnowałam z biologii. Z czegoś trzeba było. Jest mi zbędna.

W szumie ciszy

Chwila… Zazwyczaj trafia się jakaś wolna, bo inaczej nawet nie myślę tu zaglądać. Mam chyba jednak coś do powiedzenia i dlatego weszłam. Nie mam obecnie FB, ale to nie powód.
Ostatnimi czasy podejmuję decyzje. Mniej lub bardziej znaczące. Matura, studia, przyszłość. I chyba nawet nie potrafię się załamać.

Kiedy rezygnowałam z matury z biolcy dochodziły mnie głosy: „Nie poddawaj się. Dasz radę.”(…) Błąd. Ja już wtedy się poddałam i nie żałuję obecnie. Trzeba wiedzieć z czego i kiedy się wycofać.

Załatwianie spraw z przeszłości? Śmieszna sprawa. Zostawię to w kompetencji czasu. Nie spieszy mi się już, bo pośpiech do niczego nie prowadzi. No może tylko do stresu, rezygnacji…
Muszę wreszcie zrozumieć, że moja historia jest moja. Że ona jest taka, nie inna. Że każdy ma swoją. Choć przez moment idziemy razem, potem będę szła z kimś innym. Bądź sama. I to jest tak bardzo normalne.

Spotykamy przecież na drodze naszej różnych ludzi. Są, mijają, nie wracają. To tak w kwestii przyszłości. Co po nich zostanie? Wspomnienie, uśmiech, zamglone zdarzenie, pustka. Co po mnie zostanie? Może listek porwany przez wiatr, kilka metafor, niezrozumianych przez Ciebie zdań. Sam przecież tyle razy mówisz, że nie do końca rozumiesz.

Co będzie z nami potem? Rozpłyniemy się we mgle. Każdy z nas znajdzie swoją drugą część. Przez lata nie zadzwonisz i ja do Ciebie kontaktu też nie będę mieć. I nawet, jak tak myślę i słucham tej naszej piosenki. Taki spokój. Dobranoc, Kochany!